Jak każdy korporacyjny szczur, raz na jakiś czas wybieram się w następną podróż życia. Podróże mogą być małe i duże, dalekie i bliskie, męczące i bardziej męczące. Ostatnio było dalej i bardziej męcząco. I mój świat przez krótkie trzy tygodnie był bardzo amerykański.
Wiedzieliście, że w Las Vegas wszystko jest tańsze? Do stolicy amerykańskiej rozpusty doleciałam na pokładzie naszej rodzimej floty z przesiadką w LA i do razu udałyśmy się po odbiór auta. Wynajem w LV z oddaniem auta w LA wychodził cenowo dużo lepiej niż odwrotnie.
LV to miasto świateł. Nie wiem, czego się spodziewałam. Na pewno wyobrażałam sobie stoły krupierskie obsadzone grającymi i gapiami. I z jakiegoś powodu myślałam, że będzie to miasto w stylu pedestrian friendly, jak NYC, gdzie już kiedyś byłam i tam spokojnie dotrze się wszędzie na stopach. W Las Vegas gra się na slotach. Slot to prawdopodobnie najnudniejsza forma tracenia pieniędzy. Zasiadasz dwustokilowym zadem na fotelu i pociągasz na dźwignie, modląc się do zapewne do boga - opiekuna fastfoodów, by maszyna wylosowała jak najwięcej takich samych obrazków w rzędzie. Zero kreatywności. Wymagany poziom inteligencji na poziomie papierka po cukierku. Możliwość oszukania systemu również zerowa. Po prostu za każdym pociągnięciem dźwigni tracisz pieniądze. Podejrzewam, że co milionowy gracz wygrywa po kilka dolarów, ponieważ widziałam kolejki do budek, w których wypłacają realne pieniądze w zamian za wygenerowany z maszyny paragon. Stoły krupierskie do grania w pokera zbierają kurz.
Oprócz cudownie kiczowatych hoteli - resortów, które właśnie w parterze mają kasyna w mieście są jakieś atrakcje, ale wszystkie są dodatkowo płatne i dostanie się do nich pieszo - mimo, że w teorii to tylko kilkaset metrów w porywie do 1,5 kilometra jest niewykonalne. Chodniki urywają się przy hotelach. Niektóre wyjścia z kasyn prowadza dosłownie na pięciopasmową ulicę nie przystosowaną do pieszych. Pewnie Amerykanie postępują w bardzo amerykański sposób i odwiedzają tylko kasyna w hotelu, w którym śpią, albo jeżdżą wszędzie uberem. Czy Europejczyk przeboleje kilkanaście dolarów na odcinek, który pokona na nogach maksymalnie w pół godziny? Ja nie zdzierżyłam.
Nie ukrywajmy, że Las Vegas było przez mnie traktowane jako sypialnię. W dzień miasto nie ma nic do zaoferowania, chyba, że akurat macie bardzo dużo wolnego miejsca w walizkach. Centrów handlowych jest tam więcej niż tych nieszczęsnych stołów krupierskich. Niektóre są całkiem urocze, imitujące Wenecję, czy Paryż z sufitem udającym niebo. Nie znam jednak nikogo, kto poszukiwałby nieudolnych makiet starej Europy w Stanach. Nie po to tam się znalazłam. Las Vegas znajduje się w miarę w pobliżu kilku miejsc, gdzie można porządnie rozprostować nogi. A wiecie co jest najpiękniejsze w Vegas? Moment, gdy z niego wyjeżdżacie. Nie, nie jestem cyniczna. Pięcio czy może siedmiopasmówka, która was wyprowadzi z miasta, otwiera się wprost na nieziemskie widoki sawanno - pustynnych bezdróż i nicości, których w Nevadzie po horyzont.
Co robiłam w dzień? Pierwszego poranka wsiadłam w auto i podziwiałam pustynne krajobrazy w drodze do parku stanowego Valley of Fire. Parki stanowe są dodatkowo płatne, ale to było jakieś 30 dolarów od auta. W Dolinie Ognia spokojnie można kręcić filmy o podróży na Marsa. Kolory ochry i brązów, głazy, którym wiatr nadał obłe kształty, praktycznie brak innych turystów sprawiły, że nie żałowałam tego, że akurat nie wydaję pieniędzy w centrum handlowym. Jeśli kogoś jarają petroglify, które w Europie na pewno zostałyby odgrodzone i zabezpieczone, to tutaj może je sobie pomacać i polizać.Nie ma tam wymagających tras i jak wszędzie w USA, toalety dosłownie rosną jak grzyby na deszczu. Jeśli będzie w okolicy LV, koniecznie wpadnijcie do Valley of Fire. I nawiasem, Zapora Hoovera, też w okolicy, jest spokojnie do pominięcia.
Wieczorem z powrotem wchłonęło mnie miasto, które śpi w dzień, ale następnego dnia czekała nas długa droga właściwie przez całą Nevadę do parku narodowego położonego już po stronie Kalifornii. Moja stopa po Kalifornii pierwszy raz stanęła więc w Dolinie Śmierci. I nie będę cukrzyć, landrynkować i bajdurzyć, jak to było mindblowing, bo nie było. Fajna jest sama trasa do parku. Jak już Las Vegas zostanie za wami, to przed wami jest tylko nieskażona nicość. Siedmiopasmówka, powoli zmienia się w pięcipasmówkę, trzypasmówkę, a zanim dojedziecie do parku, to będzie to już tylko jedną pas w tym kierunku i zaczniecie myśleć, że opuściliście cywilizację. Mnie pustynni nigdy nie dość akurat. ( W poprzednim wcieleniu byłam marynarzem, wiec opatrzyły mi się morza i oceany na następne wcielenie do przodu nawet). Dla mnie było pięknie. W drodze zorientowałyśmy się, że cały ten ogrodzony obszar po naszej prawej stronie to teren wojskowy spopularyzowany jako strefa 51. I niby nie dotarłam do Rachel, miasta, gdzie znajduje się muzeum z ufoludkami i gdzie w pobliżu można zrobić sobie zdjęcie pod znakami " extraterrestrial highway", ale w stronę Doliny Śmierci nie brakuje sklepików z pamiątkami, gdzie możecie kupić sobie i t-shirt z ufoludkiem i tequilę w kształcie ludzika itp. W ogóle Stany to raj dla pamiątkowców. W miasteczku blisko granicy stanowej Beatty jest uroczy diner w stylu route 66. Jak będzie wam zależało to znajdziecie, tam są dosłownie 3 dinery i same kampery osiedlowe. I wszystko to, co wymieniłam było fajną atrakcją, a już sama osławiona Dolina Śmierci była już tylko obowiązkiem do odhaczenia. Po pierwsze nie wiem, co ma ze śmiercią wspólnego. Tam jest tylu turystów ( mam na myśli skośnookich, tych z gatunku mlaszcząco wrzeszczących, nie przejmujących się zupełnie tym, że wy zaraz ogłuchniecie, nie wspominając w ogóle, że w parkach tak zwyczajowo, nie powinno się mordy drzeć), że naprawdę nie wiem, jak można sobie zrobić krzywdę, tak, żeby ktoś nie zauważył. Krajobrazy są dosyć różnorodne, bo macie i obłe ochrowe górki i pagórki, w stylu Doliny Ognia jak na przykład w Dante's View i jest też pustynia z bialutkim piaskiem. Chyba nawet kilka pustyń, ja akurat byłam w Mesquite Flat Sand Dunes. Ogólnie, jeśli tłumy turystów poruszających się autokarami wam nie przeszkadzają, możecie myślę i dwa dni tam spędzić. Na terenie parku znajduje się resort, który wyglądał z zewnątrz na bardzo ąę, więc może i posh i portfel cierpi, ale mogły być wspomnienia do końca życia. Można wyjechać autem i kierować się za znakami do punktów widokowych. Podejrzewam, że można tam zrobić sobie i dłuższy trekking, ale w przypadku jeśli nocuje się w Vegas, nie ma zbyt wielu godzin do dyspozycji. Mnie tłumy męczą i wręcz odbierają wolę życia, więc być może nie miałam, jak nacieszyć się tym miejscem. A i tak, było gorąco. Byłam w listopadzie w szortach, nakrycie głowy obowiązkowe. Latem pewnie bym się wściekała z gorąca.
Aha i jak będziecie cierpieć na godzinkę światła dziennego więcej, to w okolicy jest najciekawszy ghost town, w którym byłam. Głównie dlatego, że był naprawdę realnie ghost i nie pobierali opłaty za bilet wstępu. Rhyolite się nazywa i kiedyś posiadało nawet kasyno i dworzec. Rzeźby duchów, które tam zobaczycie wykonał artysta o polskim nazwisku, czego dowiedziałam się w Mel's Diner w Beatty.
Czy podobała mi się Nevada? Tak. Bezdroże i pustka działały na mnie bardzo oczyszczająco. Czy wróciłabym? Nie mam po co, szczerze mówiąc. Las Vegas gdzieś tam siedziało mi z tyłu głowy, jako taki must have podróżniczy i cieszę się, że go zrealizowałam. Przegrałąm całe 10 dolarów w jednym ze slot machin. Musiałam pokazywać prawo jazdy, gdyż nie wierzyli mi, ze mam skończone prawo jazdy i chcieli mnie wyrzucić z kasyna ( plus 100 do zajebistości Vegas). Dostałam mitycznego gratisowego drinka za to, że wydaję pieniądze w kasynie ( musiałam wyglądać, na taką, która jeszcze masę kasy przegra...) i byłam też na show Cirque de Soleil w kasynie New York New York. Samo kasyno też polecam, to chyba jedne z najbardziej kiczowatych z zewnątrz i wewnątrz. Moja przygoda w Nevadzie trwała 3 noce i w części drugiej będę już w Utah.
Dodaj komentarz
Komentarze